Xi’an

Chińczycy żyją tłocznie i tłumnie, mimo że posiadają całkiem duży kraj. Więcej mają jednak obywateli. Półtora miliarda to dużo, jeśli mówimy o ludziach. A kilkunastomilionowe miasta to kolosy, molochy, w których plątanina ludzkich kończyn i głów, niczym dziwaczna serpentyna w formie parady, nie ma końca. Tak, Xi’an to miasto zatkane, jak umysły przeciwników teorii heliocentrycznej (wspominam, bo jutro jadę do Torunia!), którzy z nieznany mi bliżej powodów, wciąż wierzą, że Ziemia jest centrum wszechrzeczy, a Kopernik jest bliżej nieznanym szarlatanem.

Ale Xi’an. Xi’an to magia. Miejsce, gdzie stare Chiny przeplatają się z nowymi, chińskość z islamem, a Terakotowi Żołnierze jednostajnym ruchem pukają do bram meczetów w formie chińskich świątyń. Jakże mądrzy są muzułmanie! Chrześcijanie nie zniżają się na ogół poniżej baroku, jeśli idzie o niesienie Dobrej Nowiny dalekim kulturom. Fenomenem jest anegdota, którą opowiadał pewien profesor – gdy misjonarze przybyli do Chin i zobaczyli co czczą tamtejsi ludzie, postanowili wybudować kościół Maryjny, gdzie Matka Boska depcze głowę smoka, który w teologii chrześcijańskiej jest symbolem zła. Bardzo dziwili się temu Chińczycy. Czemu ta kobieta depcze naszego opiekuna? Nie wiedzieli misjonarze, że smok w kulturze chińskiej jest bóstwem pozytywnym, a im straszniejszy ma wygląd tym lepszy dla człowieka – w końcu bardziej odstrasza złe duchy! Muzułmanie zaś robią wszystko, by jak najbardziej zbliżyć się do lokalnego społeczeństwa.

Xi’an. Pełen życia targ muzułmański i jeszcze bardziej muzułmański drugi targ, gdzie nie zapuszcza się żaden laowai. Terakotowa Armia i wszystkie związane z nią gadżety. Pyszna kuchnia. Wielki Meczet. Wieża Bębnów i Wieża Dzwonów. Potężne mury miejskie z czasów dynastii Ming. Jeszcze tam wrócimy!

Reklamy